Paranoicy żywieniowi, czyli sobotni stek bzdur od śniadania do kolacji

Paranoicy żywieniowi

Po blisko 30 latach egzystencji coraz częściej odnoszę wrażenie, że dla wielu osób pierdolenie głupot w stylu „nie znam się, to się wypowiem”, jest jednym z obowiązkowych elementów „to do” listy na każdy dzień. Niezależnie, czy bełkoczą o nauce, sztuce, sporcie, czy wpływie faz księżyca na wyginięcie plemion w Ameryce Południowej, najczęściej mają tyle wspólnego z prawdą, co zapewnienia młodej modelki o wielkiej miłości wobec bogatego starucha. I w sumie wiem, że powinienem mieć to głęboko w dupie, ale jeśli ktoś ośmiela się pierdolić o sprawie dla mnie fundamentalnej, jaką jest jedzenie i picie, to niech szykuje się na niemałą reprymendę! Tylko najpierw zjem, zanim wystygnie 😉

Jak już wspomniałem, jedzenie i picie w mojej doczesnej wędrówce posiada status honorowy i pełni szereg zasadniczych funkcji. Oprócz podstawowej, jaką jest utrzymanie mnie przy życiu, stanowi formę rozrywki, uzależnienia (#beerandpizza), dostarcza wiele radości, ale i smutku. Jest także obiektem moich zainteresowań co oznacza, że jakieś podstawowe informacje o odżywianiu posiadam. Od razu zaznaczam, żaden ze mnie dietetyk i nie będę silił się na porady żywieniowe dlatego, jedzcie i pijcie jak chcecie, tylko błagam nie tyjcie! Drugim w kolejności grzechem, po przybieraniu na wadze, związanym z pożywieniem, jest powtarzanie mitów, których pech chciał, usłyszałem kilka, w ciągu zaledwie jednej tytułowej soboty. Rozumiem, że dla wielu osób zgłębianie informacji na temat tego co kładą na talerz jest stratą czasu, lecz brakuje mi natomiast zrozumienia dla przytaczania nie zweryfikowanych bzdur, pod płaszczem intrygujących ciekawostek. W związku z tym, że rozpędzam się powoli z krytykującym tonem, czuję, że oprócz zadeklarowania braku wiedzy z dziedziny dietetyki, powinienem również poinformować Was, że daleko mi do mądrali. Serio! Ale z lekkim (zaznaczam, lekkim) wstydem muszę się przyznać, że kocham poprawiać innych. Ooo tak! Zdewastowanie czyjejś błędnej myśli, którą uważał niezaprzeczalny pewnik, rozpala mnie tak mocno, że energia jaką mi to daje zawstydza wybuchy na słońcu, a stosowanie stymulantów uważam za rozwiązanie co najmniej żenująco bezsensowne. Okej, zapraszam Was do wydarzeń z soboty i wyciągnięcia z tego postu choć trochę więcej niż seria przekleństw i parę zrzędliwych wywodów. 

Piątek, noc, after

Obudziłem się około godziny 13 i usłyszałem, że nie jestem sam w mieszkaniu. W pierwszych sekundach wywołało to u mnie niemałe zaskoczenie i obawy, ale po otworzeniu oczu i odzyskaniu częściowej świadomości zastana sytuacja przestała być jakkolwiek dziwna, gdyż najzwyczajniej nie byłem u siebie. Dość szybko zorientowałem się, że leżę w sypialni mojej koleżanki Natalii, lecz jej nie było obok. Po kilku przetarciach oczu i podrapaniach po głowie przypomniało mi się, że wczoraj przyjechaliśmy tutaj na after, a głosy dochodzące z salonu to moi współtowarzysze wczorajszego melanżu. Znalazłem telefon, ubrałem się i dołączyłem do nich. To byli znajomi Natalii, a większość z nich poznałem kilkanaście godzin wcześniej. Idealnie trafiłem, gdyż zaczynali akurat śniadanie, więc dostałem swoją porcję, a że było już po południu to do śniadania wjechały butelki wina, które zostały z wczoraj. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że półwytrawny płyn, który trzymałem w szklance, za chwilę zakończy moją krótką znajomość z jedną z obecnych przy stole dziewczyn, której imienia (nie)stety nie pamiętam. 

Wspomnienia ze słonecznej Italii 

Podczas gdy wszyscy z nieskrywaną radością pochłaniali najsłynniejsze polskie śniadanie, jakim jest jajecznica, owa koleżanka postanowiła nieco uprzykrzyć nam tę chwilę zrzędliwym krytykowaniem wina. Dokładnie jej nie słuchałem, ale wspominała coś o wakacjach we Włoszech, gdzie całymi dniami, skąpana w promieniach słońca, delektowała się PRAWDZIWYM włoskim winem, a nie tym chillijskim gównem, kupionym w Carrefourze na dole bla bla bla…

tego nawet nie można nazwać winem. Jak to w ogóle można pić? I jeszcze te siarczyny, przecież tę truciznę to do jaboli dodają. 

Śmieszne jest to, że wczoraj gdy kończyła kolejną butelkę jej wyrafinowane kubki smakowe nie wyraziły sprzeciwu, no ale cóż, wiemy jak jest, alkohol. Ja sam przyznaję, nie znam się na winach. Gdy robię zakupy, to jedyne co jestem w stanie sprecyzować, to “poproszę białe półwytrawne do trzech dych”. Nie mogłem się jednak nie odpowiedzieć na ten pretensjonalny stek bzdur i chcąc jak najszybciej ukrócić jej głupie pierdolenie, co byśmy mogli spokojnie dokończyć śniadanie, pełen spokoju wydusiłem z siebie kilka informacji

wybacz, że się wtrącę, ale z definicji wino to napój alkoholowy produkowany z winogron, więc każdy produkt spełniający ten warunek, nawet najniższej jakości, należy nazwać winem. Muszę również wyprowadzić cię z błędu odnośnie demonizowania siarczyn i win je zawierających. Siarczyny są w winie niezbędne. Chronią je przed zepsuciem. Stosowane są od wieków i zapewne będzie ciężko ci się z tym pogodzić, występują we WSZYSTKICH winach, nawet tych przekurwawspaniałych co piłaś we Włoszech A jeśli chodzi o ich szkodliwość, w wienie jest ich tak mało, że są całkowicie bezpieczne. Już więcej znajdziesz w suszonych owocach, tak więc skończ już proszę pierdolić, jesteśmy w Polsce, a nie we Włoszech, mamy styczeń i pijemy wino z Chile, a jeśli ci nie smakuje, to ja chętnie wypiję twoją szklankę!

Oczywiście nie oddała mi swojej szklanki. Obdarowała mnie natomiast odpowiedzią, która, całkowicie odebrała mi chęci do dalszej dyskusji. Pełna focha i przekonania, że jej przeczucia i domysły mają większą rzetelność od faktów odparła:

nie będę się z tobą kłócić, bo wiem co piłam we Włoszech. 

No i kurwa dyskutuj z głupim. Brawo Rafał…

Jeszcze nie wiedziałem, że był to pierwszy alarm i że przyjdzie mi jeszcze kilka razy tego dnia obalać mity żywieniowe. 

E dodatki do żywności

Po drodze do domu wstąpiłem do Żabsona. Nie chodzi mi o tego chujowego rapera, tylko do jednego ze sklepów sieci, która zesłała lokalne warzywniaki do krainy niebytu bez powrotu. Wybierając jakieś pierdoły, usłyszałem zdanie, które już kilka razy musiałem … Obok mnie stała para i gdy cet postanowił sięgnąć po żelki i chipsy usłyszał kultowe już:

– czy ty wiesz ile to zawiera “E”? 

Kompletnie nie wiem co we mnie wstąpiło i do dzisiaj nie mogę zrozumieć, dlaczego tak się  zachowałem. Oprócz ogromnej złości na siebie, wciąż odczuwam wstyd i nie mogę się pogodzić z tym, co się wtedy wydarzyło pomiędzy regałem ze słodyczami a gotowymi posiłkami, gdyż najzwyczajniej w świecie nie powiedziałem nic. Tak, tutaj nie ma pomyłki. Nikogo nie wyprowadziłem z błędu. Nie udowodniłem, że nie ma racji. Zwyczajnie skierowałem się do kasy, zabrałem swoje zakupy i poszedłem do domu. 

Jak poradzić sobie z poczuciem winy? 

Gdy o tym teraz myślę stwierdzam, że nie mogę tego tak zostawić. Szukać po Żabkach owej pary trochę bez sensu, więc wymyśliłem, że dla własnego spokoju powymądrzam się tutaj (a jednak mądrala). Wszystkim, którzy podzielają zdanie krzykliwej dziewczyny, strofującej swojego chłopaka, polecam zapoznać się z tym, co tak naprawdę kryje się pod E dodatkami. Litera E, nie oznacza nic innego jak europejski, a numerki są tylko po to by je odróżnić. Lista E – dodatków jest naprawdę długa i owszem znajdują się na niej niezdrowe substancje, ale spora część z nich w żaden sposób nie zagraża naszemu zdrowiu. Przykładowo mamy naturalne barwniki, czy bezpieczne konserwanty, a z ciekawostek wymienić należy np. dodatek E300, który oznacza nic innego jak witaminę C. Mamy również E101, to witamina B2, E642 to popularny aminokwas leucyna, E1510 to alkohol etylowy ;), E948 tlen, czy E951, czyli aspartam. Pomyślicie teraz “aspartam? Co on pierdoli, przecież to rakotwórcze”. Tutaj mała ciekawostka. Wszystkie rzetelne badania potwierdzają, że aspartam nie jest szkodliwy. Natomiast badania, z których wysnuto inną tezę, jak się okazało były przeprowadzone niedokładnie, z kompletnie niewłaściwie dobranymi ilościami substancji na niezbyt miarodajnej próbie badawczej. Fakty swoje, a paru krzykaczy swoje i panika żywieniowa gotowa #facepalm. 

Kolacja na mieście 

Trzeci kur zapiał przy wieczornej pizzy na mieście ze znajomymi. Na szczęście nikt nie śmiał obrażać przy mnie tego wspaniałego dania, lecz podczas konsumpcji do tablicy został wywołany mój wegetarianizm. Żeby nie było, to nie ja zacząłem! Lista teorii, zarzutów, pytań jakie dostaję od ludzi w związku z tym, że nie jem mięsa jest naprawdę spora i zrobię kiedyś o tym osobny post, ale dzisiaj zdementuję tylko błędną tezę o soi modyfikowanej genetycznie oraz jej wpływie na hormony mężczyzn. Przyznam, że to jeden z moich ulubionych mitów. 

Żywność modyfikowana genetycznie

O GMO można by pisać bez końca i w sumie ludzie to robią więc ja nie muszę. Jedyny argument jaki posiadam to fakt, że nie ma żadnych rzetelnych badań potwierdzających szkodliwość żywności modyfikowanej na zdrowie człowieka. Zwolennicy teorii, że GMO jest szkodliwe wysnuwają natomiast domysły, a brak badań ich potwierdzających argumentują, że jeszcze jest za wcześnie by móc mówić o negatywnych skutkach. Argumentacja na medal. Przejdźmy natomiast do soi. Bardzo często, gdy tematem rozmowy jest wegetarianizm lub weganizm, to nie wiedząc czemu zawsze musi pojawić się zagadnienie o spożywanie soi. Nie wiem, czy w głowach ludzi mięsożernych, rezygnacja z jedzenia zwierząt jest równoznaczna z wpierdalanie produktów sojowych 24/h, czy może szukają punktu zaczepnego, no ale ok, mit wywołany, będę obalał! Bzdurą, która zmusiła mnie do przerwania konsumpcji ukochanej pizzy i wyjaśnienia jak jest, było pytanie, czy nie boję się, jeść modyfikowanej soi? 

Po pierwsze, jako osoba niejedząca mięsa jem bardzo mało produktów sojowych, bo ich za bardzo nie lubię. Po drugie nie boję się żarcia modyfikowanego genetycznie. A po trzecie, tę informację lubię najbardziej, zdecydowana większość soi modyfikowanej genetycznie idzie na paszę dla zwierząt, których mięso spożywają moi towarzysze rozmowy. Szach Mat! Produkty sojowe przeznaczone dla ludzi zawierają znacznie mniej soi modyfikowanej genetycznie, ze względu na panujące ograniczenia. 

Na sam koniec jeszcze sprostowanie o wpływie soi na gospodarkę hormonalną mężczyzn. Przeprowadzone badania potwierdzają, że spożywanie produktów sojowych wpływa negatywnie na ilość testosteronu i prowadzi między innymi do ginekomastii i problemów z erekcją i płodnością. Zanim jednak zaczniecie sprzedawać dalej tę informację, głosząc bzdury o których jest cały ten post, zaczekajcie na istotne wyjaśnienie. Owszem soja źle wpływa na męskie hormony, lecz żeby to miało miejsce należy spożywać jej ogromne ilości, każdego dnia, przez kilka miesięcy, co jak wiemy jest nie tylko mało prawdopodobne, co i kompletnie chujowe 😉 Kontynentem, który słynie z częstego wykorzystywania soi w kuchni jest Azja i co jak co, ale ostatnie co można powiedzieć azjatach, to by mieli problemy z płodnością.

Nie bądź głupkiem!

Przedstawione powyżej mity żywieniowe, to zaledwie garstka bzdur powielanych każdego dnia przez osoby, które pomimo, że nie mają nic do powiedzenia, z reguły gadają najwięcej i nierzadko najgłośniej. Wiem, że gdyby na świecie całkowicie zabrakło propagatorów bzdur, którym mogę udowodnić, że nie mają racji, to moje życie straciłoby sens, lecz mimo wszystko proszę, nie dajcie się zwariować. Sprawdzajcie informacje, którymi chcecie się pochwalić lub, które ktoś próbuje Wam wmówić. W dobie telefonów komórkowych z dostępem do internetu jest to naprawdę proste. A jeśli już naprawdę chcecie być głupkami, to bądźcie nimi po cichu i nie pierdolcie głupot!

Popełnił
Więcej wypocin od admin

Laborum et dolorum fuga

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetuer adipiscing elit. Aenean commodo ligula eget...
Sprawdź

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *